Na razie działa Klub Dawców Krwi i Biuro Porad Obywatelskich, w którym mieszkańcy mogą nieodpłatnie zasięgnąć opinii fachowców. Ale to nie koniec. Już wkrótce Powiatowy Komitet Obywatelski zamierza uruchomić Klub Naukowy Eureka. Będzie skupiać lokalnych inteligentów. Ma zasilać samorządowców i biznes w nowe idee.
Po tym jak wzywaliśmy, żeby poprzeć młodych, którzy ubiegają się o stypendia, odezwał się do nas Krzysztof Pawlas, prezes stowarzyszenia. Czym jest PKO? - Nazwa nawiązuje do historii powołania Komitetów Obywatelskich przed pierwszymi demokratycznymi wyborami z 1991 roku. My do nazwy dodaliśmy tylko powiatowy, stąd PKO - tłumaczył Pawlas na naszych łamach. PKO powstało przed dwoma laty, teraz zwiera szyki. Plany są ambitne.
Klub Naukowy Eureka będzie miejscem skupiającym lokalną inteligencję. Ma służyć nie tylko wymianie poglądów, ale – jak deklaruje Pawlas – to tutaj mają się wykluwać pomysły dla samorządu i biznesu w obszarze polityki społecznej. – Mamy w powiecie sporo osób wykształconych, którzy mają dorobek naukowy i działają społecznie. Ale jest też wielu młodych ludzi, którzy studiują na renomowanych uczelniach – twierdzi. Wzywa, żeby to wykorzystać.
Bo o młodych tutaj chodzi. PKO stara się o powołanie Powiatowego Funduszu Stypendialnego. Działacze uważają, że powinny się w to zaangażować wszystkie gminy i powiat. - W dobie emigracji ludzi młodych i stawiania na potencjał intelektualny to jest niezbędne – mówi Pawlas. O tym projekcie myślą od paru lat. Teraz zainspirowała ich postawa imielińskich studentów, którzy wyszli do swoich radnych z propozycją powołania niecodziennego stypendium. Założenia Powiatowego Funduszu Stypendialnego są podobne. Na pieniądze mogliby liczyć ci, którzy mają dobre wyniki w nauce, a w dodatku udzielają się w swoim mieście.
Żeby ruszyć dalej, stowarzyszenie potrzebuje świeżej krwi. I nie chodzi tutaj o Klub Dawców Krwi, który regularnie organizuje jej zbiórki, a w tej chwili przymierza się do rejestracji dawców szpiku kostnego. Chodzi o działaczy z krwi i kości, którzy zaangażowaliby się w działalność stowarzyszenia. – Potrzebujemy choćby osób, które poprowadzą nasze biuro porad – mówi prezes. Pawlas liczy też, że zaangażowani inteligenci dołączą do klubu Eureka.
Krzysztof Pawlas jest doktorem inżynierem i byłym radnym powiatu, na co dzień pracuje na Ziemowicie jako sztygar zmianowy. Jest przekonany, że mieszkają u nas ludzie, którzy chcą pomagać innym ludziom. Więcej informacji o stowarzyszeniu na stronie internetowej: www.pko-slask.pl.
Dominik Łaciak
Apel do imielińskich radnych: pozwólcie swoim studentom zmieniać świat, w którym żyją. Czyli o tym, że imielińscy studenci wyszli z inicjatywą powołania nietypowego funduszu stypendialnego.
Trochę ponad tydzień temu skończyłby 77 lat. Z Jackiem Kuroniem, o którym wiadomo, że był wybitnym opozycjonistą, to trochę jak ze Słowackim. Kuroń wielkim Polakiem był. Bo, mimo że kolejne ulice nazywane są imieniem tego, który w PRL-owskim więzieniu spędził młodość, to niewiele dzisiaj pozostało z jego bogatej myśli społeczno – politycznej.
Ot, choćby oświatowe postulaty, które nakreślił na łożu śmierci w niedokończonym testamencie „Rzeczpospolita dla moich wnuków”. Jak przystało na niezłomnego rewolucjonistę, zaproponował szkołę zorganizowaną na nowo. Szkołę, która zrywa z rynkowym paradygmatem i miast przygotowywać ucznia do rozpychania się łokciami na rynku pracy, uczy odpowiedzialności za drugiego człowieka. Zamiast rywalizacji – współpraca. Zamiast indywidualizacji zysków – praca na rzecz grupy społecznej. Ponieważ wyrastająca z tradycji marksistowskich myśl Kuronia jest bardzo praktyczna i zasadza się na konkretnym gruncie, możemy ją szczepić naszemu najbliższemu otoczeniu. U społeczności lokalnej.
Dlaczego o tym piszę? Otóż grupa studentów imielińskich zaprojektowała fundusz stypendialny i zaproponowała go miejskim radnym: skoro w listopadzie my postawiliśmy na was, to teraz wy postawcie na nas. Na młodzież studencką, i to młodzież zaangażowaną w lokalne sprawy. „Młodzi ludzie z naszego miasta licznie angażują się w różne przedsięwzięcia artystyczne, kulturalne, sportowe, naukowe, społeczne i polityczne. Niektórzy mają szansę na stypendia naukowe lub sportowe przyznawane przez Urząd Miasta, jednak nie istnieje stypendium skierowane bezpośrednio do studentów” – oświadczają autorzy wniosku.
Ale tu nie chodzi o zwyczajne, wypłacane okresowo stypendium. Autorzy projektu idą o krok dalej. Proponują, aby oprócz wyników na studiach brać pod uwagę jeszcze aktywność społeczną, również osiągnięcia w różnych dziedzinach, które pracują na korzyść gminy. Ubiegający się o stypendia najwięcej punktów mieliby dostać za propozycję projektu skierowanego do mieszkańców Imielina, który później by realizowali. Znowu założenie jest bardzo proste. Wy nas wspieracie, a my ożywiamy nasze miasteczko, robimy pracę dla miejskiej społeczności, z której podatków, de facto, fundowane są nasze stypendia.
Jak okiem sięgnąć, trwa dzisiaj dyskusja, dlaczego młodzi ludzie uciekają? Jeżeli nie uciekają za granicę, to pracy szukają w dużych miastach. Najwięcej ubywa nam tych, z których możemy mieć najwięcej pożytku, czyli dobrze wykształconych. Program stypendialny może i z miejsca temu nie zapobiegnie, ale przynajmniej nie pozwoli zapomnieć najambitniejszym, że otrzymali konkretną pomoc. Jeżeli uda się ich zatrzymać w mieście, w Imielinie będą płacić podatki. Jeżeli założą działalność gospodarczą, to może komuś dadzą pracę?
No a jeśli wyjadą, to i tak wcześniej będą musieli się wykazać. Wszyscy na tym skorzystamy.
Patrząc na to perspektywicznie, nie stać nas, żeby odmówić studentom. Autorzy wniosku wspominają o kapitale społecznym, który się rozwinie dzięki programowi. W opublikowanej niedawno w Polsce książce „Narodziny klasy kreatywnej” socjolog Richard Florida posługuje się pojęciem kapitału kreatywnego, który jest motorem napędowym rozwoju nowoczesnych miast. Taka awangarda mogłaby się wykształcić również w niewielkim Imielinie, który już dzisiaj słynie ze społecznych inicjatyw.
Ustawa o działalności pożytku publicznego i wolontariacie wyposażyła gminę w spore możliwości, stąd nie stanowi problemu zorganizowanie funduszu w sposób, jaki proponują studenci. Zresztą w sukurs idzie im też najważniejsza bodaj doktryna urządzająca samorząd po transformacji, czyli doktryna pomocniczości. Zakłada ona, że jeżeli można coś zrobić bliżej mieszkańca, albo ten może zrobić coś za gminę, to należy mu to umożliwić. Studenci chcą zmieniać świat. Pytanie do radnych: umożliwicie im to?
Dominik Łaciak
Gimnazjaliści kręcą
Miłość, bunt i niespełnione marzenia, czyli gimnazjaliści z powiatu robią film
Zaczęło się w maju ubiegłego roku. Stowarzyszenie Młodzi Aktywni, które systematycznie otrzymuje granty na projekty skierowane do młodzieży w powiecie bieruńsko - lędzińskim, wygrało ostatnią edycję na projekt w ramach programu „Równać Szanse” Polsko - Amerykańskiej Fundacji Wolności. Projekt napisany przez Jana Pioskowika z Imielina zdeklasował konkurencję z całej Polski. Młodzi Aktywni na zrobienie filmu dostali 50 tysięcy złotych, a koordynator Pioskowik obiecał produkcję oscarową.
Jednak zanim bieruńscy gimnazjaliści zostaną zaproszeni do Hollywood, filmu muszą się nauczyć. Zostali podzieleni na trzy grupy: scenopisarską, aktorską i realizatorską, w których od paru miesięcy uczą się fachu pod okiem specjalistów. - Najbardziej oblegana jest oczywiście grupa aktorska, dzisiaj każdy chce mieć te obiecane przez Warhola 5 minut - mówi Dominik Łaciak, opiekun scenopisarzy. - Najbardziej cieszy, że to ci sami gimnazjaliści, o których mówi się tyle złych rzeczy - cieszy się Monika Kuska, która prowadzi warsztaty aktorskie.
Wiktoria Drzyzga, z klasy teatralnej w gimnazjum nr 2 w Bieruniu, ćwiczy rolę głównej bohaterki, Alicji Niewalskiej. - Podoba mi się, że ma bogatą osobowość, że nie jest pusta - tłumaczy swój wybór na warsztatach Drzyzga. Sama ma ekranowe nazwisko, ale chce zostać architektką.
Monika Rudyk z Bojszów bierze udział w projekcie, bo chce się otworzyć na ludzi. - Jednym z głównych celów Równać Szanse są umiejętności społeczne, jak np. pewność siebie, której często brakuje młodzieży z mniejszych miejscowości – tłumaczy Pioskowik. Rudyk przygotowuje się do roli ojca tyrana.
Projekt wpisuje się w coraz większe tradycje kinematograficzne w powiecie. Tym samym młodzi filmowcy dołączyli właśnie do Józefa Kłyka, który od kilkudziesięciu lat kręci westerny w Bojszowach, a także do Wojciecha Stuchlika, lędzińskiego producenta, który m.in. w tamtejszym lesie zrobił ostatnio film Sparrow. Z bieruńsko - lędzińskiego pochodzi też Kazimierz Kutz, wybitny reżyser, poseł.
Filmowcy nie chcą zdradzić, o czym będzie film. - Na pewno będzie miłość, bunt i niespełnione marzenia - urywa tajemniczo Joanna Górna od warsztatów aktorskich. Zdjęcia rozpoczynają się w czerwcu.
O projekcie naszego stowarzyszenia donosimy.
Rzeźby, które się zrosły z osiedlem
Stoimy przed Karlikiem, starym zakładowym domem kultury, do którego prowadzi droga strzeżona przez kilkumetrowe rzeźby. Ja przywykłem, ale moi znajomi spoza Bierunia za każdym razem się dziwią, że w Bieruniu stoją totemy?!
To nie są totemy, tylko rzeźby monumentalne. Co roku przybywają kolejne, powstają podczas organizowanych przeze mnie plenerów rzeźby monumentalnej. W tej chwili jest ich tutaj ponad dwadzieścia. Prace cieszą się dużym zainteresowaniem dzieci, które przychodzą tutaj z rodzicami specjalnie dla nich. Początki były trudne, co rusz spotykałem się z wandalizmem, ktoś te rzeźby przewracał... A teraz? Rzeźby na dobre wrosły w krajobraz osiedla. Powoli powstaje tutaj taka galeria pod chmurką. Ostatnio wysłałem zdjęcia do wydziału promocji miasta. Chciałbym pokazać to miejsce przyjezdnym.
A może warto przenieść te rzeźby do jakiegoś parku, skwerku?
Problem w tym, że przynajmniej w Nowym Bieruniu takiego parku nie ma. Chyba że myśleć o zapomnianych Paciorkowcach, które się nie sprawdziły. Oczywiście, gdyby się pojawiła taka inicjatywa władz, możemy porozmawiać. Przecież już w tej chwili rzeźby powstające na organizowanych w Bieruniu plenerach ozdabiają powiat. Przy remizie stoi św. Florian wyrzeźbiony na sierpniowym plenerze.
W jednym z wywiadów wspomniał pan o słowackiej Turzovce, gdzie rzeźby ozdobiły plac zabaw...
Przede wszystkim Turzovka to doskonały przykład tego, jak władze zapatrują się na rzeźbę. Tamtejszy promator (burmistrz) dał się poznać jako jej sympatyk. Rzeczywiście, dostaliśmy temat: bajka, ponieważ robiliśmy prace, które ozdobiły potem place zabaw. W Turzovce zagościli: Baba Jaga, król, jaskiniowiec, a nawet smok. Niektóre z rzeźb posłużyły za ławki.
Wyrzeźbił pan taką ławkę nazwaną "Ławką miłości" i zwyciężył plener w Zgierzu...
Tak, to było w 2007 roku (Zgierz wydał kalendarz ze zdjęciem ławki - dop. red.) Ale nie to jest najważniejsze. W Zgierzu udało nam się odzyskać park. Kiedy przyjechaliśmy tam po raz pierwszy, sprawiał wrażenie zaniedbanego i uchodził za niebezpieczny. Sukcesywnie podczas kolejnych plenerów ozdabialiśmy go. Dotarły do nas sygnały, że mieszkańcy lubią tam spędzać czas i coraz częściej można ich tam spotkać z dziećmi. Moja ławka cieszy się wyjątkową popularnością głównie dlatego, że roztacza się z niej piękny widok na jezioro Ciosny. Poza tym władze Zgierza mają interesujący pomysł, żeby zagospodarować ten akwen. Na wyspie ma się znaleźć restauracja, do której będzie można się dostać po kładce lub... dopłynąć łódką.
Wróćmy do Bierunia. Ma pan plany na Karlik...
Tak, właśnie rozpoczynamy remont generalny tego zasłużonego budynku. Zmieni się na zewnątrz i wewnątrz. Planuję otwarcie sześciu pracowni, do których zaproszę artystów, sali wystaw, poprawią się warunki sanitarne.
Porozmawiajmy jeszcze o tegorocznym plenerze rzeźby monumentalnej w Bieruniu. Udał się?
Udał się i był już piątym takim plenerem. Jubileuszowym. Udział wzięło w nim dziesięciu rzeźbiarzy. Muszę się pochwalić, że miałem też udział w organizacji pleneru rzeźbiarskiego w Lędzinach. Po ostatnim wywiadzie w waszym magazynie skontaktowała się ze mną dyrektorka ośrodka kultury w Lędzinach i zaproponowała współpracę. Powiat wyrasta na centrum rzeźby monumentalnej!
Dziękuję za rozmowę. Dominik Łaciak. Foto: Radko Wojnar
skomentuj (1)
Na swoim koncie mamy już wiele osiągnięć, ale to zdecydowanie jest najważniejsze. Nie tylko otrzymaliśmy grant w największym konkursie docenianej Polsko Amerykańskiej Fundacji Wolności, ale zdeklasowaliśmy całą stawkę, pisząc najlepszy projekt. Zwyciężyliśmy w programie „Równać Szanse”, którego misją jest wyrównywanie szans edukacyjnych młodzieży z mniejszych miejscowości. Na działania dostaliśmy pięćdziesiąt tysięcy.
„Kurcze! To fajne! Czyli konkretne tworzenie filmu” rusza wkrótce. Wkrótce więc gimnazjaliści z powiatu bieruńsko – lędzińskiego zrobią film fabularny i napiszą książkę. Wcześniej jednak czeka ich sporo pracy. Wezmą udział w szkoleniach i warsztatach, które poprowadzą specjaliści. Młodzi adepci filmu będą mieli okazję osobiście poznać osoby, które są odpowiedzialne za to, co widzimy na ekranie.
Aby powstała „najważniejsza ze sztuk” konieczny jest dobry scenariusz. Aby napisać dobry scenariusz, potrzebna jest dobra historia, najlepiej ozasadzona w lokalnych realiach. Gimnazjaliści osobiście zapytają o nie mieszkańców powiatu, zaś zarejestrowane rozmowy znajdą się w książce, którą wyda stowarzyszenie. Możliwe też, że co ciekawsze opublikujemy a łamach lokalnej prasy.
Tak naprawdę jednak nie o film, czy książkę tutaj chodzi, a o rozwój beneficjentów projektu. Przede wszystkim jednak muszą uwierzyć w siebie. Przekuć słabości w atuty. Zamieszkiwanie na prowinicji nie musi przecież oznaczać mniejszych szans i straconej pozycji w konkurencji z rówieśnikiem z większego miasta. Nie musi, jeżeli odpowiednio zagospodarujemy energię młodych ludzi. Jeżeli podamy im pomocną dłoń.
Bardzo istotne będzie oddziaływanie akcji na społeczność lokalną. Mamy nadzieję, że wokół projektu stworzy się front osób, którym nieobojętne będą jego losy. Spróbujemy zaangażować sektor organizacji pozarządowych i lokalnych przedsiębiorców, szkoły i rodziców, ale liczymy, że i zwykli mieszkańcy przyłączą się do naszych działań. Marzy nam się, aby powtórzyć sukces reżysera Józefa Kłyka, którego filmy są w Bojszowach zjawiskiem ogólnospołecznym. Zjawiskiem dyskutowanym i docenianym.